Godoya | Przeklęta wyspa?

 
Ta wyspa dała nam popalić, i to kilkukrotnie… Naszym głównym założeniem i celem było wyjście na szczyt Storhornet, zobaczenie wielkiego jeziora oraz podziwianie panoramy okolicznych wysp. Próbowaliśmy chyba 3 razy. Pogoda na tej wyspie była tak zmienna i nieprzewidywalna w tamtym czasie, że za każdym razem musieliśmy odpuszczać.

Pierwszy raz wybraliśmy się do malowniczego miasteczka Alnes, gdzie autobus jeździł co 3 godziny. To miała być szybka akcja – zwiedzamy miasteczko, latarnię morską i idziemy na szlak. Niestety pogoda miała inny plan. Z początku było bezchmurne niebo i piękne słońce, ale w przeciągu 5 minut pogoda zmieniła się gwałtownie. Wiało tak bardzo, że mimo iż byliśmy ubrani we wszystkie ciepłe rzeczy które wzięliśmy, to i tak przemarzliśmy. Szlak był zabity deskami z tabliczkami ostrzegawczymi, także nie ryzykowaliśmy i wróciliśmy na przystanek autobusowy czekać na najbliższy autobus, czyli jakieś 1,5h godziny 😀 Niestety byliśmy uwięzieni w tym mieście, bo jedyna droga do niego prowadziła przez długi tunel wydrążony w górze, gdzie był zakazany ruch pieszy. Była co prawda trasa na około, wzdłuż morza, ale podmuchy były tak silne, że zdecydowanie się na ten krok byłoby lekkomyślne. Ciekawe również jest to, że mimo naszego kilkugodzinnego pobytu w tym miasteczku – nie spotkaliśmy ani jednego człowieka! Zero, nikogo, pusto. Gdzie się podziali Ci wszyscy Norwedzy?

Chwała termosikowi i ciepłej herbatce! Bo dzięki temu się nie rozchorowaliśmy!

Drugim razem też wyjechaliśmy z Alesund przy pięknym słońcu,ale jak tylko wyjechaliśmy z tunelu to czekały na nas dwie niespodzianki. Pierwsza oczywiście … pogoda, która zdążyła się już zepsuć. Druga to zamknięta droga do kolejnego tunelu. Niestety doszło do jakiegoś zdarzenia drogowego które kompletnie zablokowało ruch w obu kierunkach, taki to urok kiedy drogi to tylko tunele. Nasza dwójka, kierowca i ogromny pusty autobus po dłuższym czasie zawróciła z powrotem do Alesund, taka to była “udana wyprawa” na Godoyę…

Jak mawia klasyk “do trzech razy sztuka” a Godoya ma to gdzieś, więc i tym razem były przygody. Dojazd? O dziwo poszło gładko, bez przeszkód. Pogoda? Przemilczymy. Pogodziliśmy się z tym, że na szczyt góry i tak nie wyjdziemy, dlatego udaliśmy się w stronę latarni morskiej Høgsteinen, którą widzieliśmy z “cukiereczka”. W międzyczasie gdy robiliśmy zdjęcia to świeciło słońce, była wichura, oberwanie chmury i wirująca mgła. W sumie tylko śnieg nie padał xD  Sama okolica była bardzo spokojna, w oddali pasły się owce, które obserwowały każdy nasz ruch. Spokojne rolnicze tereny, wszędobylska cisza i zero ludzi. Morze tego dnia było o dziwo spokojne, dzięki czemu mogliśmy podejść wąskim molo pod samą latarnię i tam uchwycić kilka widoczkowych smaczków. Godoya podobnie jak Runde pokonała nas, bo nie zobaczyliśmy tego co chcieliśmy. Ale liczymy na powrót i lepsze warunki!